Zaloguj się lub włącz wersję mobilną
StartDodaj artykułMoje artykułyMoje kontoSzukaj artykułówPomocKontakt

Kategorie

Strona PDFStrona HTML

Uwaga na sekty!



ID artykułu: 8859 / 2145
URL: http://www.publikuj.org/8859

Piszę to ku przestrodze, aby ostrzec jak łatwo wpaść w śmiercionośne szpony sekty, a jak trudno się z nich wyplątać! Wakacyjna przygoda zamienia się w koszmar.

Razem z moją przyjaciółką Anką, w zeszłe wakacje pojechałyśmy na warsztaty jogi w Bieszczady. Był to mój pierwszy samodzielny wyjazd bez rodziców, którzy są bardzo opiekuńczy (za co jestem im bardzo wdzięczna, teraz to rozumiem) i nie pozwalali mi jeździć nigdzie samej do 21 roku życia. Anka jeździła już sama nawet w wieku 17 lat, bo jej rodzice są komunistami i jej na to pozwalają. Długo przygotowywałyśmy się do wyjazdu, byłyśmy strasznie podekscytowane i szczęśliwe, że jedziemy gdzieś same. Kupiłyśmy nawet takie same, prześliczne, pomarańczowe rybaczki, spodziewając się wieczornych dyskotek. Nadszedł dzień wyjazdu, autokar odjeżdżał z parkingu na Grzegórzeckiej w Krakowie. Pierwsze zdziwienie nadeszło, w momencie, kiedy zobaczyłyśmy pojazd, którym miałyśmy jechać. Był to stary, złoty autobus, oklejony różnymi - zapewne satanistycznymi - symbolami. Kiedy patrzyło się na niego od przodu, odczuwało się dziwny niepokój - jego reflektory były takie groźne, wyglądały jak oczy dzikiego zwierzęcia szykującego się do skoku, by zadać śmiercionośny cios. Na drzwiach były dwie naklejki - kółko z wpisaną w nie jakby kurzą łapką, zwane pacyną, oraz ogromna czaszka paląca dżojnta z amfetaminy. Powiedziałam o moich obawach Ance, lecz ona się tylko zaśmiała i powiedziała, że jej już się podoba, po czym wsiadła do tego demonicznego autokaru. Ja chcąc, nie chcąc, poszłam w jej ślady. W środku panował okropny zaduch a powietrze przesiąknięte było fetorem świeżego asfaltu. Większość miejsc była pozajmowana przez różnej maści typów spod ciemnej gwiazdy: długowłosych, odzianych w kolorowe, luźne ubrania panków, łysych w białych togach, a nawet półnagich w skórzanych maskach na twarzy. Anka w pewnym momencie zapytała czy mam prezerwatywy, a ja nie wiedząc, co powiedzieć, bo nigdy nie jadłam, zmieniłam temat. Moja mama zwykła mówić: "To komuniści. Oni po prostu nie potrafią inaczej", ale ja lubiłam Ankę za ten jej błysk w oku i opowieści o duchach w letnie wieczory przy zgaszonym świetle. Po autokarze biegały luzem psy, koty i kury, co strasznie mi przeszkadzało, gdyż w radiu ostrzegali przed wścieklizną, a ja przecież nie byłam szczepiona. Co chwila rozpoczynała się jakaś gonitwa i ponoć jeden pies ukręcił niosce łeb, lecz jadący zdawali się zupełnie nie zwracać uwagi na te dantejskie sceny pod ich nogami. W trakcie podróży podszedł do nas chłopiec o imieniu Mojżesz, ale to nie było jego prawdziwe imię, bo nie wyglądał na Mojżesza i zaproponował, że się nami zajmie, bo to nie jego pierwszy wyjazd z Zakonem Learystów. Te słowa uderzyły mnie jak grom z jasnego nieba, zaczęłam szlochać i krzyczeć na przemian. Kierowca zatrzymał maszynę a w środku zrobił się rwetes. Ktoś krzyknął żeby odpalać dżojnta, bo to najlepsze lekarstwo na chorobę lokomocyjną. Nie chciałam przyjąć tego nietypowego przedmiotu z obawy przed groźnym narkotykiem SLD, którym podobno nasączone są nawet tatuaże w chipsach, lecz trawiona gorączką nie byłam w stanie odmówić. ZJADŁAM CAŁEGO!! Nagle zrobiło się cicho, ktoś z tyłu szepnął tylko pewno wulgarne sowo na "k" a ja… Ja zaczęłam się gorliwie modlić. Nigdy nie modliłam się tak mocno, zapewne poczułam to, co rycerze templariuszy w drodze do Ziemi Świętej albo Joanna DArc płonąc na stosie. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam był odgłos dzwonów mojego kościoła parafialnego. Ach, jakże tęskniłam za tymi poplamionymi woskiem ławkami i wesołym księdzem Andrzejem, z którym układałam puzzle na plebani! Ocknęłam się dopiero na miejscu. Anka szarpała mnie za ramię i zadowolona zawołała: "Wstawaj! Wstawaj, śpiochu! Jesteśmy! Jesteśmy już!". Do dziś słyszę jej wołanie w koszmarach sennych, z których budzę się spocona i odkryta. Gdy wytarabaniłyśmy się z autobusu naszym oczom ukazały się dwa hangary przeznaczone do spania. Centralny punkt niewielkiego placu przed nimi zajmowała drewniana latryna z piracką flagą i - nie wiem czemu - obrazek ten skojarzył mi się z pręgierzem. W momencie, gdy szukałam telefonu, by wezwać pomoc, obok nas przebiegła dwójka dzieci z plastikowymi karabinami wrzeszcząc "Schneller! Schneller!". Ze zgrozą popatrzyłam na swój telefon. Nie miał zasięgu. W tym momencie podszedł do nas niski mężczyzna o długiej siwej brodzie i z uśmiechem oznajmił, że nie wolno nam używać telefonów i musimy oddać je do depozytu. Anka lekkodusznie pierwsza oddała swój telefon, ja, obawiając się linczu, zrobiłam to samo. Wybiło południe. Wszyscy bez wyjątku oderwali się od swoich spraw i wzniósłszy twarze ku niebu zaczęli śpiewać jakąś pieśń. Niespodziewanie znalazł się przy nas Mojżesz i udzielił szeptem wskazówek jak należy to robić. Anka z radością śpiewała, ale ja nie mogłam wyrzec się wiary w Boga jedynego i jedynie udawałam, że śpiewam. Tylko ruszałam ustami w obawie o własne życie. Po sześciu godzinach przestali śpiewać i ruszyli w kierunku jednego z hangarów, gdzie czekała kolacja. Nie było mięsa. Nie było, choć była środa, nie piątek. Domyśliłam się, że ludzie, wśród których się znalazłam są wegeterianinami i tylko czyhają na moją duszę. Zjadłam wszystko, co mi podano, z brukselką, na którą mam uczulenie włącznie, co przypłaciłam potwornym swędzeniem podniebienia do aż do następnego ranka. Zapytałam Anki, czy jeden hangar jest dla mężczyzn a drugi dla kobiet, a ona popatrzyła na mnie tym pełnym szaleństwa wzrokiem i powiedziała: − Tu można spać, z kim się chce! Nie mogłam dopuścić do noclegu pośród mężczyzn, więc wstałam od stołu i wybiegłam na zewnątrz baraku. W miejscu gdzie zostawiłam swoje rzeczy już ich nie było. A więc okradli mnie - pomyślałam ze łzami w oczach. Rozejrzałam się w ich poszukiwaniu po placu zalanym wieczornym światłem zachodzącego słońca. Czwórka ludzi grająca w siatkówkę plażową, grupka rozniecająca ogień za pomocą gazet i benzyny trzynastolatków, nagi chłopiec płaczący i rozglądający się bezradnie za mamą oraz wielka sterta bagaży, na której leżał mężczyzna odziany jedynie w majtki i ciężkie skórzane buciory. Grał na gitarze o trzech strunach. Gdy podeszłam bliżej zawołał: "Ej, lala, nie masz poczęstować fajką?" A kiedy nic nie odpowiedziałam i zaczęłam przerzucać plecaki w poszukiwaniu swojego wrócił do grania. Gdy wreszcie odnalazłam i wyciągnęłam mój plecak ktoś zawołał: "Zapraszamy do ogniska!" Z dusza na ramieniu udałam się ku buchającym w niebo płomieniom, skąd dobiegał zapach benzyny i toksyczne opary. Usiadłam obok mojej przyjaciółki, której jakaś czarnoskóra dziewczyna zaplatała warkoczyki. Siedziało tam jeszcze kilka dziewcząt i chłopców w naszym wieku i Anka szybko mi ich przedstawiła. Nie pamiętam imion pozostałych, ale szczególnie utkwiło mi w pamięci pogańskie imię jednego z chłopców - Tygiel. Miał on kolczyk pod wargą i olbrzymie czarne okulary. Ale najgorsze było to, co zobaczyłam na jego koszulce! Z jego piersi w szatańskim uśmiechu szczerzył zęby koźli łeb wpisany pentakl - pięcioramienną gwiazdę, symbol satanistów - a napis pod spodem głosił: "KOZIOŁEK MATOŁEK"! W głowie mi się nie mieściło jak zhańbić można tak znaną i lubianą postać z opowiadań dla dzieci! Było tam wiele podobnych koszulek z mrożącymi krew w żyłach napisami jak: AC/DC, OFFSPRING, SHIT! oraz JESTEM LENIWY ALE SIĘ STARAM. A przecież lenistwo to grzech! Jeden z chłopców podał mi puszkę piwa. Rodzice raz jeden pozwolili mi na 18 urodziny wypić butelkę Redsa, lecz nie wspominam tego dobrze, ponieważ następnego dnia męczył mnie potworny kac. Gdy trzymałam w ręku tą zimną puszkę, która zdawała się ważyć tonę, aż spociłam się z przerażenia! Wegetarianie a do tego alkoholicy! Otworzyłam piwo, w tym czasie Anka ze swoimi nowymi znajomymi krzyknęli coś w innym języku, stuknęli się puszkami i wlali w siebie zawartość puszek jednym haustem. Z obawy o własne życie, wypiłam całą puszkę, lecz zajęło mi to prawie dwie godziny. Dwie potworne godziny, podczas których widziałam rzeczy, których nigdy nie chciałabym zobaczyć. Zaczęło się niewinnie, ale była to tylko cisza przed burzą. Na początku kilku mężczyzn grało na gitarach i bębnach, a reszta obozowiczów zmuszona była do publicznego przedstawienia się. Nie zdążyłam przebrać się nawet w moje rybaczki! Później ktoś wrzucił zapalniczkę do ognia, czym wprawił zgromadzonych w ekstazę, a ja omal nie postradałam zmysłów z przerażenia. Oczami wyobraźni zobaczyłam swoją oblepioną płonącym plastikiem twarz. Coraz bardziej zaczynało to przypominać afrykańskie obrzędy wudu, jakie często widywałam w komercyjnej telewizji. Odurzeni potężną dawką alkoholu i narkotyków ludzie zaczęli całować się między sobą. Nawet kobiety z kobietami i to tej samej płci! Nie tylko w usta! Zrozumiałam, że od odbycia grupowego stosunku płciowego (w tamtych kręgach zwanego "rżnięciem bambusa") dzieli ich już tylko krok. Nie mogłam na to patrzeć, chciałam zamknąć oczy, ale czułam na sobie czujny wzrok Mojżesza. Obserwował mnie cały czas i nie chce nawet myśleć, co mógłby zrobić, gdybym okazała słabość. Bawił się scyzorykiem i byłam przekonana, że nie zawahałby się go użyć. Muzyka przybrała na sile. Do bębnów i gitar dołączyła arabska piszczałka zaklinacza dzikich węży. Nie miałam wątpliwości, że gdzieś w pobliżu te bestie się kryją i tylko czekają, by zaatakować. Nowo poznani znajomi Anki powstawali z ziemi, zaczęli tańczyć i obmacywać swoje ciała. Anka poszła w ich ślady, a ja zrozumiałam, że już nie zdołam jej pomóc. Straciłam przyjaciółkę. Powoli zaczynałam tracić kontakt ze światem. Poczułam, że spadam, spadam prosto do piekła, jednocześnie zobaczyłam, że wszyscy tam mieli rogi! Z ogniska unosiły się zielonkawe opary o ziołowym zapachu. Chciałam uciekać, ale nogi miałam jak z waty. Przed oczami przeleciały mi te wszystkie wspaniałe chwile mojego życia. Moment chrztu, pierwszej komunii i bierzmowania, osiągnięta ciężką pracą i wytrwałością czwórka z religii na koniec roku, pierwszy wyjazd na Słowację z rodzicami, zabawa z puszystym kotem babci - Mruczkiem i skoki na bombę z pomostu nad jeziorem. Chciałam się przytulić do naszej szkolnej Pani Pedagog, która częstowała mnie łakociami, ilekroć pojawiłam się w jej gabinecie. Kiedy nie poszło mi na lekcji WF i dostałam gorszą notę od innych, albo ktoś obsmarował mi tornister dżemem z jagodzianki, mogłam do niej przyjść, a ona mnie pocieszała. W trudnych chwilach zastępowała mi matkę. Gdyby była tam wtedy ze mną, na pewno rozpędziłaby bałwochwalcze towarzystwo, ognisko ugasiła a gitary połamała w drzazgi. Ale byłam sama i zdana wyłącznie na siebie. Pani Pedagog zwykła mawiać: "musisz znaleźć w sobie siłę", a ja właśnie tą siłę w sobie znalazłam. Była nią Maryja Zawsze Dziewica. Wsadziłam dłoń do kieszeni i mocno ścisnęłam w niej różaniec. Poderwałam się z miejsca i dając susa przez wysokie na dwa metry ognisko popędziłam w stronę baraków. Próbowano mnie zatrzymać, czyjaś dłoń złapała mnie za łydkę, ale ugryzłam ją i puściła. Bałam się tylko, że zaczną strzelać. Kampus ogrodzony był zardzewiałą metalową siatką. Kiedy do niej dobiegłam i już miałam na nią wskoczyć, uderzyła mnie nagła myśl: "a co, jeśli jest pod napięciem?" Na swoich plecach czułam już oddech goniących mnie ludzi i słyszałam krzyki obławy. Spuszczono psy, koty i kury - słyszałam to wszystko wyraźnie - tego, że pełzną za mną także dzikie węże, kajmany i traszki mogłam się jedynie domyślać. Pobiegłam wzdłuż siatki i w miejscu, gdzie przecinał ją odpływ trującego ścieku z latryny, znalazłam wyłom. Nie mając czasu na zastanawianie się wskoczyłam po pas do fekaliów i wydostałam się dziurą w siatce na drugą stronę. W tym czasie pościg dopadł siatki i się na niej zatrzymał. Słyszałam za sobą nienawistne okrzyki: "Fuu! Fuu!". Zaraz potem − nie chcę tego zacytować, ale muszę, by przedstawić rzeczywisty i niezatajony obraz sekty − ktoś krzyknął: − Jebnięta, czy co? Słyszałam za sobą jeszcze nawoływanie Anki, która starała się mnie namówić na powrót (jej dusza była widać we władaniu Czarnego Pana), ale ja pognałam już w ciemny las. Po dwóch dniach błąkania się po pustkowiach, skrajnie wycieńczona dotarłam do osady ludzkiej po ukraińskiej stronie granicy, skąd zostałam odesłana do ministerstwa spraw zagranicznych. Rodzice bardzo się zmartwili, kiedy zobaczyli, w jakim jestem stanie. Matka nawet zamówiła mszę dziękczynną za moje życie. Przez pięć lat milczałam na temat tamtych napawających przerażeniem wydarzeń. Po części z powodu wstydu, że tak łatwo dałam się zmamić mackom sekty, ale też z obawy. Wiedziałam, że na moje życie został wydany wyrok. Płatni zabójcy mieli za zadanie wytropić mnie i - jak to się mówi w subkulturach młodzieżowych - sprzedać mi kulkę, albo strzała nożem. Dziś mam dwadzieścia sześć lat i zrozumiałam, że poświęcając swoje życie, mogę uratować miliony. Pisząc to i zajmując stanowisko w społecznej debacie narażam się na straszliwe wprost niebezpieczeństwo ze strony moich prześladowców, ale być może ten tekst, będący rzetelną, a przede wszystkim prawdziwą relację, uchroni przed sektami wielu niewinnych. Mam taką nadzieję, bo w tej nierównej walce, dzięki bożej pomocy, dobro i wiara muszą zwyciężyć. Pamiętajmy, że na każdym kroku czyha SEKTA!
Karolina

 Opcje
Aktywacja: 31/10/10 00:12, odsłony: 701
Słowa kluczowe: sekty, przemoc, wakacje, czas wolny
 Zamknij Ta strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, kliknij tutaj aby dowiedzieć się więcej.